W zeszły czwartek udało mi się spełnić kolejne moje marzenie (co prawda zupełnie nie w terminie, który sobie obrałam, gdyż miało się to stać w 2013 roku, ale lepiej późno niż wcale jak to mówią!), mianowicie, zwiedziłam Amsterdam.
Była to wycieczka pod wieloma względami wyjątkowa. Pierwszy raz byłam w nowym mieście zupełnie sama. Bez mapy (na których punkcie szaleję choć nie zawsze potrafię z nich korzystać), bez planu co zrobić i gdzie się udać, a to dlatego, że o wyjeździe dowiedziałam się w środę wieczorem. Dzięki uprzejmości znajomej Polki studiującej aktualnie w Bredzie, która pożyczyła mi swoją roczną kartę wstępów, mogłam na początek zwiedzić muzea bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów.
Podróż rozpoczęłam od dworca w głównego, dowiedziałam się, którym tramwajem dojadę w okolice gdzie znajdują się muzea i już w tym środku transportu udało mi się dostać mapę od uprzejmej Pani bileterki:). Odnalazłam obiekty, do których chciałam się dostać. Tę moją krótką przygodę postanowiłam celebrować, pierwszy raz nikt mnie nie prowadził, nie wskazywał palcem na co patrzeć, nie popędzał albo nie spowolniał w nieodpowiednich dla mnie momentach.
Moim ulubionym elementem podróży jest "gubienie się". Parę lat temu, ojczym Juana powiedział mi, że najlepszym sposobem na odkrycie jakiegoś miejsca, jest trzymanie się z dala od wszelkich turystów i chodzenie ścieżkami, tak jakby się szło do pracy czy do domu po szkole. Klimat miasta czy państwa utrzymuje się przecież w codzienności i jego mieszkańcach. Dlatego na początek przeszłam się po parku, zajrzałam w każdą witrynę sklepową i spacerowałam wąskimi uliczkami obserwując ludzi.
O muzeach nie będę pisać dużo. Każdy ma swoją estetykę i wie co lubi. Ja po trochu przekonuję się do sztuki współczesnej jednak nie wiem czy kiedyś zdarzy się taka sytuacja, w której obraz w stylu modern art zachwyci mnie tak jak dzieła Van Gogha, Rembrandta, Dali'ego, i wielu innych. Co do Picassa i kubizmu wciąż mam mieszane uczucia. Niemniej jednak w Stedelijk Museum w jednym z pomieszczeń wystawowych znalazłam aż trzy obrazy, które bardzo chętnie powiesiłabym u siebie w pokoju:).
W recepcji muzeum Van Gogha poprosiłam pracujące tam dziewczyny o pomoc w wyznaczeniu trasy zwiedzania, zostało mi tylko kilka godzin i chciałam je jak najlepiej wykorzystać. Naprawdę kolejny raz byłam pod wrażeniem jak sympatyczni i pomocni są Holendrzy.
Ilość rowerów w Amsterdamie chyba równa się ilości rowerów w całej Polsce. Drogi w mieście tylko dla rowerów, każdy most (a przecież jest ich tam sporo ponad tysiąc!) zawalony setką lub więcej przypiętych do poręczy pojazdów. Szok i niedowierzanie...
Spacer po Amsterdamie był niezwykle przyjemny, a to za sprawą cudownej pogody :
Myślę, że to rekompensata za te ulewy na Karaibach, sprzed dwóch lat. Kolumbijczycy mówili, że to ja przyciągnęłam ten deszcz ze sobą :P.
Ostatnim punktem mojej wycieczki było spotkanie ze znajomymi w niezwykłej knajpie. Najpierw musieliśmy popłynąć do północnej części Amsterdamu. Okolica niby nie najładniejsza, ale wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy jeden ze znajomych zaprowadził nas pod wielkie złomowisko kontenerów, a w środku znajdowała się jedna z najfajniejszych i najładniejszych restauracji jakie w życiu widziałam. Kontenery zespawane ze sobą tworzyły powłokę, w środku ogromna przestrzeń, przeszkolona, na całej wysokości (2 pięter) ściana. Szczególnie zachwycił mnie widok po zmroku, kiedy na całej szerokości "budynku" można było patrzeć na drugi, pięknie oświetlony brzeg.
Myślę, że w ciągu mojego pobytu w Holandii jeszcze nie raz będę miała okazję pospacerować po Amsterdamie (na rowerze bałabym się tam jeździć:P) na pewno jedną wycieczkę mam już zaplanowaną przez uniwersytet.
Tot ziens Amsterdam!





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz