wtorek, 9 lutego 2016

Ostatni semestr

Mijające tygodnie przyniosły ogrom nowych doświadczeń i osób w moim życiu. 2 tygodnie w Bredzie, przeprowadzka do Zwolle, rozpoczęcie ostatniego semestru magisterki na holenderskiej uczelni to tylko wstęp do niesamowitego 2016 roku:).

Początki, jak zawsze, są trudne. Na ogół nie bywam wstydliwa, jednak zapoznanie się z około 50 nowymi osobami w tydzień, nie mając u boku NIKOGO znajomego do prostych zadań nie należy. Trzeba pamiętać, że nie wszyscy na "dzień dobry" zrozumieją moje poczucie humoru, nie wolno nikogo zagadać i trzeba uważać na to co się mówi, a w tym najlepsza nie jestem. Ale pamiętam, że co mnie nie zabije, to mnie dużo nauczy. Dlatego od razu po przeprowadzce, za ciosem, postanowiłam poznać jak najwięcej osób już na początku semestru, kiedy to wszyscy szukają kogoś z kim mogliby spędzać czas wolny od studiowania. I tak wybrałam się na imprezę zapoznawczą dla studentów jakiejś tam uczelni.


Na inauguracji w "Latającym koniu - Het Vliegende Paard" poznałam sporo osób, jednak wieczór ten nie należał do szczególnie udanych. Szczerze mówiąc trochę się nim zniechęciłam do dalszych prób zjednywania sobie ludzi. Na szczęście szybko mi takie złe nastawienie przechodzi.

Kolejnym wyzwaniem były pierwsze zajęcia na mojej uczelni. I tutaj, już wszystko było tak jak sobie wyobrażałam. Zajęcia integracyjne były ciekawe, ludzie mili i zainteresowani sobą nawzajem. Jak na mój gust mamy trochę zbyt małe zróżnicowanie kulturowe w naszej grupie, ale nic na to nie możemy poradzić ( 3 dziewczęta z Turcji, 8 osób z Hiszpanii, 7 dziewczyn z Austrii i ja, jedyna Polka). 

W ramach zajęć pod koniec pierwszego dnia udaliśmy się wszyscy na ściankę wspinaczkową. Mogliśmy poznać się trochę lepiej w środowisku innym niż szkolne oraz trochę odstresować się po całym tym oczekiwaniu na rozpoczęcie semestru:). Ja bawiłam się świetnie zarówno asekurując innych jak i wspinając się na 25-30 metrowe ścianki. 





Wiem też na pewno, że to nie był mój ostatni raz na ściance w Zwolle :).

Na koniec zajęć, zrobiliśmy sobie zdjęcie całą grupą wraz z niektórymi nauczycielami. To jedyna taka pamiątka, gdyż jedna z Hiszpanek, po kilku dniach postanowiła wrócić do domu. Nigdy nie sądziłam, że można tak bardzo tęsknić za rodzicami i domem by w niespełna dwa tygodnie doprowadzić swój organizm do skrajnego wycieńczenia. Mimo wielu rozmów z wykładowcami, przyjaciółmi i rodziną podjęła decyzję o powrocie i wczoraj wyjechała ze Zwolle.



W kolejnych dniach na uczelni głównie szkoliliśmy holenderski (niewiarygodne jest, że po 5 godzinach lekcji nowego, wcześniej nawet nie zasłyszanego języka byliśmy w stanie napisać kilka zdań o swoich rodzinach i zainteresowaniach) oraz poznawaliśmy pozostałych wykładowców. Po zajęciach banki, rejestracje w urzędzie, nauka układu miasta i zakupy, imprezy zapoznawcze. Tak wyglądał nasz pierwszy tydzień. 


I muszę napisać, że życie tutaj zupełnie odbiega od mojej codzienności w Polsce czy od wcześniejszych doświadczeń w Danii czy Kolumbii. Wydaje mi się, że przez to, że jestem tu sama, jakoś szybciej przestawiłam się z typowego dla mnie myślenia, że to tylko chwilowe, że to krótkie wakacje i zaraz trzeba będzie wracać. Jestem bardziej świadoma swojej roli w tworzeniu rzeczywistości która będzie mnie otaczać przez najbliższe 6 miesięcy. A to sprawia, że już po niespełna miesiącu, mogę powiedzieć, że czuję się tutaj tak dobrze, jak w domu. 

czwartek, 4 lutego 2016

Amsterdam

W zeszły czwartek udało mi się spełnić kolejne moje marzenie (co prawda zupełnie nie w terminie, który sobie obrałam, gdyż miało się to stać w 2013 roku, ale lepiej późno niż wcale jak to mówią!), mianowicie, zwiedziłam Amsterdam.



Była to wycieczka pod wieloma względami wyjątkowa. Pierwszy raz byłam w nowym mieście zupełnie sama. Bez mapy (na których punkcie szaleję choć nie zawsze potrafię z nich korzystać), bez planu co zrobić i gdzie się udać, a to dlatego, że o wyjeździe dowiedziałam się w środę wieczorem. Dzięki uprzejmości znajomej Polki studiującej aktualnie w Bredzie, która pożyczyła mi swoją roczną kartę wstępów, mogłam na początek zwiedzić muzea bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów.

Podróż rozpoczęłam od dworca w głównego, dowiedziałam się, którym tramwajem dojadę w okolice gdzie znajdują się muzea i już w tym środku transportu udało mi się dostać mapę od uprzejmej Pani bileterki:). Odnalazłam obiekty, do których chciałam się dostać. Tę moją krótką przygodę postanowiłam celebrować, pierwszy raz nikt mnie nie prowadził, nie wskazywał palcem na co patrzeć, nie popędzał albo nie spowolniał w nieodpowiednich dla mnie momentach.



Moim ulubionym elementem podróży jest "gubienie się". Parę lat temu, ojczym Juana powiedział mi, że najlepszym sposobem na odkrycie jakiegoś miejsca, jest trzymanie się z dala od wszelkich turystów i chodzenie ścieżkami, tak jakby się szło do pracy czy do domu po szkole. Klimat miasta czy państwa utrzymuje się przecież w codzienności i jego mieszkańcach. Dlatego na początek przeszłam się po parku, zajrzałam w każdą witrynę sklepową i spacerowałam wąskimi uliczkami obserwując ludzi.


O muzeach nie będę pisać dużo. Każdy ma swoją estetykę i wie co lubi. Ja po trochu przekonuję się do sztuki współczesnej jednak nie wiem czy kiedyś zdarzy się taka sytuacja, w której obraz w stylu modern art zachwyci mnie tak jak dzieła Van Gogha, Rembrandta, Dali'ego, i wielu innych. Co do Picassa i kubizmu wciąż mam mieszane uczucia. Niemniej jednak w Stedelijk Museum w jednym z pomieszczeń wystawowych znalazłam aż trzy obrazy, które bardzo chętnie powiesiłabym u siebie w pokoju:).




W recepcji muzeum Van Gogha poprosiłam pracujące tam dziewczyny o pomoc w wyznaczeniu trasy zwiedzania, zostało mi tylko kilka godzin i chciałam je jak najlepiej wykorzystać. Naprawdę kolejny raz byłam pod wrażeniem jak sympatyczni i pomocni są Holendrzy.

Ilość rowerów w Amsterdamie chyba równa się ilości rowerów w całej Polsce. Drogi w mieście tylko dla rowerów, każdy most (a przecież jest ich tam sporo ponad tysiąc!) zawalony setką lub więcej przypiętych do poręczy pojazdów. Szok i niedowierzanie...


Spacer po Amsterdamie był niezwykle przyjemny, a to za sprawą cudownej pogody :


Myślę, że to rekompensata za te ulewy na Karaibach, sprzed dwóch lat. Kolumbijczycy mówili, że to ja przyciągnęłam ten deszcz ze sobą :P. 

Ostatnim punktem mojej wycieczki było spotkanie ze znajomymi w niezwykłej knajpie. Najpierw musieliśmy popłynąć do północnej części Amsterdamu. Okolica niby nie najładniejsza, ale wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy jeden ze znajomych zaprowadził nas pod wielkie złomowisko kontenerów, a w środku znajdowała się jedna z najfajniejszych i najładniejszych restauracji jakie w życiu widziałam. Kontenery zespawane ze sobą tworzyły powłokę, w środku ogromna przestrzeń, przeszkolona, na całej wysokości (2 pięter) ściana. Szczególnie zachwycił mnie widok po zmroku, kiedy na całej szerokości "budynku" można było patrzeć na drugi, pięknie oświetlony brzeg. 


Myślę, że w ciągu mojego pobytu w Holandii jeszcze nie raz będę miała okazję pospacerować po Amsterdamie (na rowerze bałabym się tam jeździć:P) na pewno jedną wycieczkę mam już zaplanowaną przez uniwersytet. 

Tot ziens Amsterdam! 

niedziela, 31 stycznia 2016

Przeprowadzka

Udało się! Po tygodniach poszukiwań, nerwów, i chwilowej depresji znalazłam pokój w Zwolle. Okazuje się, że to co wydawało mi się najgorszym rozwiązaniem jest w istocie najlepszym, chyba wszechświat nade mną czuwa;).
Mój pokój mieści się w akademiku przy ulicy Leliestraat, jest to ta sama ulica, przy której znajduje się mój uniwersytet, więc do uczelni rowerem jadę dokładnie minutę! Pokój jest w pełni umeblowany oraz wyposażony, co w innych, samodzielnych pokojach, których ofert przejrzałam setki, było nie do osiągnięcia. 

(zdjęcie, które znalazłam w internecie przed wynajmem)

Kolejną zaletą mojego nowego miejsca zamieszkania jest położenie względem centrum miasta (które swoją drogą jest przepiękne, ale zdjęcia zrobię, jak chociaż raz nie będzie padać - prawdopodobnie w maju;p), na rowerze dojeżdżam tam w 10 minut. Dookoła park, rzeczki, jumbo market i prawdopodobnie wiele innych przydatnych miejsc ale nie do końca miałam okazję się zorientować.

Mój rower, który kupiłam tydzień przed przyjazdem od wyjeżdżającej już studentki z wymiany,  jest bardzo dobrym sprzętem, więc i tym razem udało mi się podjąć dobrą decyzję na odległość. Jak się okazało rower czekał na mnie w piwnicy mojego akademika, tu też mieszkała wyżej wymieniona studentka:). Dowiedziałam się o tym w piątek po przyjeździe- łatwiej być nie mogło.


Aby czuć się jak w domu przygarnęłam nowego przyjaciela- współlokatora (w oczekiwaniu na właściwą współlokatorkę, która wprowadzi się pod koniec lutego).

Miałam 3 dni żeby się jakoś rozpakować i urządzić (oczywiście większość moich rzeczy dalej jest w Bredzie bo nie umiałam się zabrać do pociągu z całym tym bałaganem). Oto efekt mojej pracy:


Jak widać Kaaleppi bardzo dobrze się odnalazł w nowej przestrzeni. 

Oby tak dalej.

Uciekam na pierwsze zajęcia!

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Erasmus 2013

Ze względu na brak zdarzeń bardziej aktualnych - nadających się do opisania - skupię się ponownie na eskapadach z poprzednich lat.
Pamiętam, że już w gimnazjum pierwszy raz powiedziałam, że wyjadę na studia za granicę, jak pamiętam przysporzyłam tym stwierdzeniem sporo śmiechu rodzicom i nauczycielom. Powiedzmy, że moje wyniki szkolne nie wskazywały na taki obrót zdarzeń:)). Nic to, w końcu nikt nie mógł mi zabronić marzyć, prawda?

Ta myśl, krążyła sobie gdzieś z tyłu czaszki, nie dopominając się, czekając na swoją kolej.

I tak na drugim roku studiów (sama już nie wiem czemu nie wcześniej) złożyłam swoją aplikację do rekrutacji kandydatów na wymianę studencką z programu Erasmus. Proces był długotrwały i złożony, po egzaminie językowym, pisemnym i ustnym, można było przygotowywać się do rozmów z prodziekanem, dziekanem, przedstawicielami samorządu i koordynatorem programu. Każdy otrzymywał punkty, które sumowane były z punktami przyznanymi wcześniej za list motywacyjny, CV oraz wyniki egzaminów.

O tym, że dostałam stypendium dowiedziałam się w grudniu, chwilę przed świętami. Ponieważ byłam kandydatką z listy rezerwowej (nie zdobyłam tyle punktów ile trzeba ponieważ na żadnej zagranicznej uczelni nie prowadzono kursów z zakresu terapii pedagogicznej, przez co władze uczelni nie chciały wyrazić zgody na mój wyjazd- sądzili, że więcej nauczę się na APSie...) większość aplikacji na uczelniach była już zamknięta, dlatego poradzono mi znaleźć uczelnię z otwartym przewodem, niezależnie od kierunku studiów (a gdyby zgodzili się na początku pojechałabym chociaż na studia z zakresu pedagogiki specjalnej...). W połowie stycznia byłam już na oficjalnych listach studentów na semestr letni w Viborg - Dania.


Już w busie okazało się, że nie jestem jedyną Polką jadącą z APSu do VIA University College. Od tego momentu bałam się znacznie mniej niż przedtem. Ogromnie doceniam fakt, że na początku trzymałyśmy się razem i wspierałyśmy w chwilach zwątpienia i tęsknoty za bliskimi.


Miesiące spędzone w Danii zapamiętam do końca życia. Pierwsze wrażenia po zetknięciu się z multikulturowym otoczeniem, mnogość języków obcych w codziennym użyciu, zmiana nawyków i studia w języku angielskim, to wszystko postawiło moje dotychczasowe życie na głowie. Czasami myślę, że mogłabym w Danii zamieszkać na stałe (choć pogoda i klimat to istny koszmar dla ludzi miłujących słońce i ciepełko), dobre warunki pracy, adekwatne wynagrodzenie, sympatyczni ludzie, ciekawe kierunki studiów (bo po uzyskaniu tytułu mgr moja ścieżka edukacyjna się nie kończy), inspirujący ludzie w okół. Ale po chwili zawsze stwierdzam, że jednak czegoś mi tam brakowało, niestety jeszcze nie umiem zdefiniować czego.

Wiele było momentów, które mnie przytłoczyły. Nie dawałam sobie rady z odpowiedzialnością i samotnością, na szczęście z czasem, nowi przyjaciele, praca i podróże odciągnęły moją uwagę od obaw i marudzenia.


Największą traumę do dziś mam z papierologią związaną z bankiem... przewalutowania, opłaty manipulacyjne, rosnące koszta, niemożność załatwiania spraw przez telefon ani internet... Wydawało mi się, że każdy dorosły człowiek jest sobie w stanie z tym poradzić. Ale nie ja. Do końca życia będę trzymała oszczędności w skarpetkach przez te doświadczenia.

(Dodam tylko, że w tym roku na wygnaniu w Holandii wcale z tymi bankami nie jest mi łatwiej:P)


Do tematu Erasmusa będę wracać jeszcze wiele razy, tak samo jak wracam do wspomnień z tego okresu. Są zdarzenia, które warte są opowiedzenia, a ta wymiana, z pewnością do takich się zalicza.

czwartek, 21 stycznia 2016

A zaczęło się tak...

Od zawsze lubiłam podróże. I nawet nie wiem czy bardziej lubiłam samą podróż (która zazwyczaj była bardzo długa - przez pół Polski, później autobusami do Hiszpanii czy Chorwacji) czy te parę dni oderwania od rzeczywistości i codziennych obowiązków. Nieważne czy jechałam z mamą czy babcią nad morze, z tatą na mazury czy z drużyną harcerską w góry, każdy wyjazd był wspaniały i czegoś mnie nauczył. 

Miałam to szczęście, że wszystkie podróże i doświadczenia z nimi związane dzieliłam z siostrą (nie była ona tym początkowo tak zachwycona jak ja:P) oraz przyjaciółmi. Być może, gdyby rodzice posyłali mnie tak jak inne dzieci na kolonie z nowym towarzystwem, do którego musiałabym się dostosować byłabym bardziej niezależna i odważna ale nie żałuję, że tak się nie stało.

I dzięki temu, że należałam do harcerstwa moje grono przyjaciół nie zamykało się tylko i wyłącznie na osobach z kręgów szkolnych i grupie rówieśniczej. Na obozach czy zimowiskach mieliśmy okazję poznać się dużo lepiej niż kolegów czy koleżanki ze szkoły. Poznawaliśmy swoje słabości i mocne strony, musieliśmy przyzwyczaić się do przebywania z osobami, za którymi nie przepadaliśmy i przełamywać strach przed nowymi ludźmi. Bo nie da się udawać kogoś kim się nie jest przez 24h na dobę kilka dni pod rząd i to różniło te znajomości od szkolnych. Niesamowite jest, że mimo wielu lat, prób które przynosił czas i pomimo zmian osobowości, na różnych etapach naszego dojrzewania i dorastania, te przyjaźnie zachowały się do dziś. I mają one ogromną wartość. 


W mojej drużynie, mogliśmy sami zarobić na nasze wyjazdy. Także już w podstawówce jeździłam na weekendy "do pracy":). Pieniądze, które zebraliśmy były wpisywane na nasze konta i suma odliczana była od ceny kolejnych wyjazdów. I tak w przypadku, kiedy rodziców nie było stać na wyjazd dla dwóch córek na obóz, zimowisko czy wyjazd zagraniczny, mogłyśmy sobie na nie zarobić same- czując się odpowiedzialne i wiedząc, jaką te pieniądze miały wartość. Atutem akcji zarobkowych było spędzanie całego weekendu z przyjaciółmi (nawet wtedy kiedy miałam szlaban!:D), rzadko czuliśmy, że jest to praca.

I w ten sposób co roku wyjeżdżałam z siostrą na obóz, zimowisko, kilka biwaków i zjazdy harcerskie, a w późniejszych latach także na turnusy w Hiszpanii i Chorwacji. Po każdym wyjeździe szykowałam się do następnego. Do dziś mam zwyczaj robienia setek list "co zabieram", "co bym chciała zabrać ale się nie zmieści", i wiecznie o nich zapominam i robię następne. Przy pakowaniu wykreślam elementy na wszystkich żeby o niczym nie zapomnieć (marzenie ściętej głowy, zawsze czegoś zapominam). A pakować się nie umiem do dziś... Zawsze pomaga mi siostra, która zupełnie we mnie zwątpiła, gdy okazało się, że do Holandii zabrałam 70 kg bagażu... A wydawało mi się, że nie mam w sobie nic z przedstawiciela ery konsumpcjonizmu. No cóż może kiedyś uda mi się ograniczyć w tej kwestii :).

Myślę, że harcerstwo w znaczący sposób wpłynęło na moje zainteresowanie podróżami oraz moje podejście do nich. Także gdyby nie ślepe i zawsze wierne naśladowanie starszej siostry, nie byłoby mnie tutaj.
Dziękuję Olu!


wtorek, 19 stycznia 2016

Podróże w czasie

Jak już wspomniałam blog ten jest pracą na zaliczenie i musi on spełniać pewne warunki. Jednym z nich było wstawienie filmiku. A ponieważ nie chcę żeby było to jakikolwiek filmik, wstawię taki, który ma dla mnie ogromne znaczenie.

W moich podróżach, nie wiem czemu, rzadko towarzyszy mi kamera, nie kręcę filmików, jeśli chcę coś mieć na dłużej to najczęściej robię zdjęcia (czasem coś narysyję, ale nie dość że pochłania to dużo czasu to i po jakimś czasie nie jestem w stanie określić co chciałam narysować). Jednak film, który tutaj wstawiam został zrobiony bez mojej wiedzy, z perspektywy obserwatora moich wygłupów.


W 2013 roku podczas powrotu do domu- a dokładniej w drodze na autobus linii W:) - przechodząc trasą wzdłuż Domów Centrum usłyszałam muzykę, do której mój partner zaczął bez skrępowania tańczyć. Dookoła zespołu zebrał się znaczny krąg ludzi, jednak nikt nie tańczył. Ja na początku też nie chciałam, ale patrzenie na Juana i jego swobodne ruchy pomogły mi przełamać skrępowanie. Za co jestem do dziś wdzięczna. 


Ten filmik do dziś jest dla mnie odzwierciedleniem radości jaka płynie ze spontaniczności i nie zwracania uwagi na czyjąś aprobatę czy komentarze. Po tym krótkim ale intensywnym ćwiczeniu w centrum Warszawy ruszyliśmy biegiem do naszego (ostatniego) odjeżdżającego już autobusu. Ktoś biegł za nami, krzycząc, żebyśmy na chwilę się zatrzymali. Mężczyzna opowiedział nam w skrócie o swojej inicjatywie oraz zaprosił do kontaktu poprzez facebooka. 


Więcej o Znajomych nieznajomych polecam przeczytać tutaj:

http://nieznajomi.blox.pl/2013/09/Asia-i-Juan.html

A film, żeby się nie zanudzić oglądajcie od 3:20 :).




Od początku...

Powód dla którego założyłam tego bloga jest dość błahy, nie wynikało to z potrzeby podzielenia się myślami, czy chęcią zaistnienia w czymś życiu, jest to moja praca zaliczeniowa na przedmiot "IT w pracy ze zdolnymi". Niemniej jednak liczę, że pisanie tego postu zachęci mnie choćby do napisania następnego. Wiele razy myślałam o założeniu bloga (zresztą w czasach mojego gimnazjum prowadziłam ich z 5, głównie opowiadania), jednak wydawało mi się, że trzeba mieć talent pisarski, umiejętność nawiązania kontaktu z czytelnikami oraz faktycznie mieć coś do powiedzenia, a te argumenty odgradzały mnie murem i fosą od podjęcia zarówno decyzji jak i dalszych kroków.




Atutem posiadania bloga była według mnie możliwość późniejszego zajrzenia w zakamarki mojej świadomości. Pewne rzeczy z czasem umykają, zdarzenia, przemyślenia i wnioski zacierają się w naszej pamięci. Blog pozwoli mi zachować je na dłużej i ustosunkować się w przypadku ewentualnych zmian jakie zajdą w moim życiu.
A zajdą one na pewno.  


Kilka dni temu przyjechałam do Holandii, objuczona jak osioł pakunkami, walizkami, plecakami wysiadłam z autobusu i stojąc w deszczu, nie skupiałam się na zmęczeniu 19-o godzinną podróżą, myślałam tylko o tym, że "tak zaczyna się moje nowe życie, po raz enty...". 

I ta myśl sprawiła, że mimo mizernego widoku ( stacja w Bredzie o 6 rano w ulewnym deszczu nie zapiera tchu...) wszystko wydało mi się piękne i takie jak tego chciałam. Od kilku miesięcy bowiem szykowałam się do tej wyprawy, załatwiałam formalności, zaliczałam przedmioty na uczelni, kupowałam, kupowałam i kupowałam wszystko co w Polsce jest dużo taniej niż w Holandii, wyprowadziłam się z mieszkania w moim rodzinnym mieście i pożegnałam się chyba z każdym kogo znam. Nie jest to mój pierwszy wyjazd, a mimo to czuje, że ten przyniesie coś więcej niż tylko 5 miesięcy studiów poza ojczyzną. Chyba oczekuję jakiejś gruntownej zmiany,  i jeszcze nie wiem czy ma ona zajść w mojej osobowości, podejściu do świata czy w życiu jakie prowadzę. Mam nadzieję, że kiedyś czytając tego bloga dostrzegę gdzie ta zmiana miała miejsce i kto miał na nią wpływ. 

Tak więc blog ten będzie opisywał mój pobyt na wymianie studenckiej ale także moje poprzednie podróże, takie, które w jakiś sposób sprawiły, że dziś jestem tym kim jestem. 

Do usłyszenia! :)