Mijające tygodnie przyniosły ogrom nowych doświadczeń i osób w moim życiu. 2 tygodnie w Bredzie, przeprowadzka do Zwolle, rozpoczęcie ostatniego semestru magisterki na holenderskiej uczelni to tylko wstęp do niesamowitego 2016 roku:).
Początki, jak zawsze, są trudne. Na ogół nie bywam wstydliwa, jednak zapoznanie się z około 50 nowymi osobami w tydzień, nie mając u boku NIKOGO znajomego do prostych zadań nie należy. Trzeba pamiętać, że nie wszyscy na "dzień dobry" zrozumieją moje poczucie humoru, nie wolno nikogo zagadać i trzeba uważać na to co się mówi, a w tym najlepsza nie jestem. Ale pamiętam, że co mnie nie zabije, to mnie dużo nauczy. Dlatego od razu po przeprowadzce, za ciosem, postanowiłam poznać jak najwięcej osób już na początku semestru, kiedy to wszyscy szukają kogoś z kim mogliby spędzać czas wolny od studiowania. I tak wybrałam się na imprezę zapoznawczą dla studentów jakiejś tam uczelni.
Na inauguracji w "Latającym koniu - Het Vliegende Paard" poznałam sporo osób, jednak wieczór ten nie należał do szczególnie udanych. Szczerze mówiąc trochę się nim zniechęciłam do dalszych prób zjednywania sobie ludzi. Na szczęście szybko mi takie złe nastawienie przechodzi.
Kolejnym wyzwaniem były pierwsze zajęcia na mojej uczelni. I tutaj, już wszystko było tak jak sobie wyobrażałam. Zajęcia integracyjne były ciekawe, ludzie mili i zainteresowani sobą nawzajem. Jak na mój gust mamy trochę zbyt małe zróżnicowanie kulturowe w naszej grupie, ale nic na to nie możemy poradzić ( 3 dziewczęta z Turcji, 8 osób z Hiszpanii, 7 dziewczyn z Austrii i ja, jedyna Polka).
W ramach zajęć pod koniec pierwszego dnia udaliśmy się wszyscy na ściankę wspinaczkową. Mogliśmy poznać się trochę lepiej w środowisku innym niż szkolne oraz trochę odstresować się po całym tym oczekiwaniu na rozpoczęcie semestru:). Ja bawiłam się świetnie zarówno asekurując innych jak i wspinając się na 25-30 metrowe ścianki.
Wiem też na pewno, że to nie był mój ostatni raz na ściance w Zwolle :).
Na koniec zajęć, zrobiliśmy sobie zdjęcie całą grupą wraz z niektórymi nauczycielami. To jedyna taka pamiątka, gdyż jedna z Hiszpanek, po kilku dniach postanowiła wrócić do domu. Nigdy nie sądziłam, że można tak bardzo tęsknić za rodzicami i domem by w niespełna dwa tygodnie doprowadzić swój organizm do skrajnego wycieńczenia. Mimo wielu rozmów z wykładowcami, przyjaciółmi i rodziną podjęła decyzję o powrocie i wczoraj wyjechała ze Zwolle.
W kolejnych dniach na uczelni głównie szkoliliśmy holenderski (niewiarygodne jest, że po 5 godzinach lekcji nowego, wcześniej nawet nie zasłyszanego języka byliśmy w stanie napisać kilka zdań o swoich rodzinach i zainteresowaniach) oraz poznawaliśmy pozostałych wykładowców. Po zajęciach banki, rejestracje w urzędzie, nauka układu miasta i zakupy, imprezy zapoznawcze. Tak wyglądał nasz pierwszy tydzień.
I muszę napisać, że życie tutaj zupełnie odbiega od mojej codzienności w Polsce czy od wcześniejszych doświadczeń w Danii czy Kolumbii. Wydaje mi się, że przez to, że jestem tu sama, jakoś szybciej przestawiłam się z typowego dla mnie myślenia, że to tylko chwilowe, że to krótkie wakacje i zaraz trzeba będzie wracać. Jestem bardziej świadoma swojej roli w tworzeniu rzeczywistości która będzie mnie otaczać przez najbliższe 6 miesięcy. A to sprawia, że już po niespełna miesiącu, mogę powiedzieć, że czuję się tutaj tak dobrze, jak w domu.



















