Ze względu na brak zdarzeń bardziej aktualnych - nadających się do opisania - skupię się ponownie na eskapadach z poprzednich lat.
Pamiętam, że już w gimnazjum pierwszy raz powiedziałam, że wyjadę na studia za granicę, jak pamiętam przysporzyłam tym stwierdzeniem sporo śmiechu rodzicom i nauczycielom. Powiedzmy, że moje wyniki szkolne nie wskazywały na taki obrót zdarzeń:)). Nic to, w końcu nikt nie mógł mi zabronić marzyć, prawda?
Ta myśl, krążyła sobie gdzieś z tyłu czaszki, nie dopominając się, czekając na swoją kolej.
I tak na drugim roku studiów (sama już nie wiem czemu nie wcześniej) złożyłam swoją aplikację do rekrutacji kandydatów na wymianę studencką z programu Erasmus. Proces był długotrwały i złożony, po egzaminie językowym, pisemnym i ustnym, można było przygotowywać się do rozmów z prodziekanem, dziekanem, przedstawicielami samorządu i koordynatorem programu. Każdy otrzymywał punkty, które sumowane były z punktami przyznanymi wcześniej za list motywacyjny, CV oraz wyniki egzaminów.
O tym, że dostałam stypendium dowiedziałam się w grudniu, chwilę przed świętami. Ponieważ byłam kandydatką z listy rezerwowej (nie zdobyłam tyle punktów ile trzeba ponieważ na żadnej zagranicznej uczelni nie prowadzono kursów z zakresu terapii pedagogicznej, przez co władze uczelni nie chciały wyrazić zgody na mój wyjazd- sądzili, że więcej nauczę się na APSie...) większość aplikacji na uczelniach była już zamknięta, dlatego poradzono mi znaleźć uczelnię z otwartym przewodem, niezależnie od kierunku studiów (a gdyby zgodzili się na początku pojechałabym chociaż na studia z zakresu pedagogiki specjalnej...). W połowie stycznia byłam już na oficjalnych listach studentów na semestr letni w Viborg - Dania.
Już w busie okazało się, że nie jestem jedyną Polką jadącą z APSu do VIA University College. Od tego momentu bałam się znacznie mniej niż przedtem. Ogromnie doceniam fakt, że na początku trzymałyśmy się razem i wspierałyśmy w chwilach zwątpienia i tęsknoty za bliskimi.
Miesiące spędzone w Danii zapamiętam do końca życia. Pierwsze wrażenia po zetknięciu się z multikulturowym otoczeniem, mnogość języków obcych w codziennym użyciu, zmiana nawyków i studia w języku angielskim, to wszystko postawiło moje dotychczasowe życie na głowie. Czasami myślę, że mogłabym w Danii zamieszkać na stałe (choć pogoda i klimat to istny koszmar dla ludzi miłujących słońce i ciepełko), dobre warunki pracy, adekwatne wynagrodzenie, sympatyczni ludzie, ciekawe kierunki studiów (bo po uzyskaniu tytułu mgr moja ścieżka edukacyjna się nie kończy), inspirujący ludzie w okół. Ale po chwili zawsze stwierdzam, że jednak czegoś mi tam brakowało, niestety jeszcze nie umiem zdefiniować czego.
Wiele było momentów, które mnie przytłoczyły. Nie dawałam sobie rady z odpowiedzialnością i samotnością, na szczęście z czasem, nowi przyjaciele, praca i podróże odciągnęły moją uwagę od obaw i marudzenia.
Największą traumę do dziś mam z papierologią związaną z bankiem... przewalutowania, opłaty manipulacyjne, rosnące koszta, niemożność załatwiania spraw przez telefon ani internet... Wydawało mi się, że każdy dorosły człowiek jest sobie w stanie z tym poradzić. Ale nie ja. Do końca życia będę trzymała oszczędności w skarpetkach przez te doświadczenia.
(Dodam tylko, że w tym roku na wygnaniu w Holandii wcale z tymi bankami nie jest mi łatwiej:P)
Do tematu Erasmusa będę wracać jeszcze wiele razy, tak samo jak wracam do wspomnień z tego okresu. Są zdarzenia, które warte są opowiedzenia, a ta wymiana, z pewnością do takich się zalicza.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz